Większość stroskanych rodziców powie: „Nie szkodzi, nie każdy ma głowę do liczb". Powiedzą to z miłością. Powiedzą to, aby go pocieszyć – niech nie martwi się tym jednym sprawdzianem.
Dziesięć lat później, ten sam nastolatek wybiera kierunek studiów. Skreśla wszystkie kierunki, które mają coś wspólnego z liczbami. Od dziecka przecież nie ma głowy do matmy. Tak się przyjęło. Choć nikt nie pamięta, tak właściwie skąd.
Dzieci eliminują, a nie wybierają
Amerykańska psycholożka Linda Gottfredson w 1981 roku opracowała teorię, która zmieniła myślenie o tym, jak dzieci wybierają przyszły zawód. Zamiast zakładać, że dziecko stopniowo poznaje świat, odkrywa swoje zainteresowania i z czasem decyduje, kim chce zostać, Gottfredson zaproponowała odwrotny mechanizm. Jej zdaniem dzieci najpierw systematycznie odrzucają zawody, które wydają im się „nie dla nich".
Między szóstym a ósmym rokiem życia dzieci zaczynają eliminować zawody, które nie pasują do ich wyobrażenia o płci. Dziewczynki częściej odrzucają zawód strażaka czy mechanika, chłopcy – przedszkolanki czy pielęgniarza. Dzieje się tak niekoniecznie z braku zainteresowania zawodem, tylko z przekonania, że „to nie dla kogoś takiego jak ja".
Kilka lat później to samo dzieje się ze względu na status społeczny. Dzieci zaczynają odrzucać zawody, które wydają im się nieosiągalne lub niepasujące do środowiska, z którego pochodzą. Dziecko z domu, w którym nikt wcześniej nie studiował, często wynosi przekonanie, że zawody takie jak lekarz czy prawnik są „nie dla takich jak my". Z kolei dziecko wychowane w rodzinie, w której od pokoleń zdobywa się wyższe wykształcenie, z większym prawdopodobieństwem odrzuci zawody niewymagające ukończenia studiów.
Według teorii Gottfredson około trzynastego roku życia wachlarz postrzeganych możliwości zawodowych jest już w dużej mierze ograniczony. Późniejsze wybory edukacyjne często nie polegają więc na odkrywaniu wszystkich możliwości, lecz na wybieraniu spośród krótkiej listy ścieżek, które zostały.
Co rodzic myśli, dziecko czyta
Jak mocno cudze oczekiwania potrafią zmienić dziecko, pokazali w latach 1964–65 psychologowie Robert Rosenthal i Lenore Jacobson. Nauczycielom pewnej kalifornijskiej podstawówki powiedzieli, że za pomocą specjalnego testu wyłoniono uczniów „rozwojowych" i należy się po nich spodziewać szybkiego wzrostu wyników w nadchodzącym roku. Był jednak pewien haczyk: nie istniał żaden „specjalny test". Nazwiska uczniów wybrano całkowicie losowo.
Jak to się stało? Nauczyciele nie wiedzieli, że informacja o „rozwojowych" uczniach była eksperymentalną manipulacją – nie planowali nikogo faworyzować, ale sama wiara w ich większy potencjał mogła subtelnie zmienić sposób, w jaki z nimi pracowali. Częściej zachęcali „zdolnych" do zgłaszania się, dawali więcej czasu na trudniejsze zadania, z większą cierpliwością reagowali na błędy. Dzieci odczytywały te sygnały i stopniowo zaczynały zachowywać się zgodnie z oczekiwaniami nauczycieli.
Psychologowie nazywają to efektem Pigmaliona – od greckiego mitu o rzeźbiarzu, który tak mocno wierzył w swoją rzeźbę, że ta w końcu ożyła.
Ten sam mechanizm działa także w relacjach z najbliższymi. Rodzic, który wierzy w możliwości dziecka, nieświadomie przekazuje to w sposobie, w jaki mówi, słucha i reaguje. Dziecko odbiera te sygnały i stopniowo zaczyna w nie wierzyć.
Jedno słowo, które pomaga pozbyć się etykiety
Carol Dweck, profesor psychologii ze Stanford, spopularyzowała je w swoich badaniach nad nastawieniem na rozwój. Tym słowem jest: „jeszcze".
Nie „nie masz zacięcia do sportu", tylko „jeszcze nie znalazłeś swojego sportu".
Nie „nie radzisz sobie", tylko „jeszcze się tego uczysz".
Samo to słowo nie jest oczywiście magicznym zaklęciem, ale odgrywa ważną rolę – zamienia stan stały w stan procesu.
„Nie masz głowy do matmy" mówi, kim dziecko jest – na stałe, z definicji. „Jeszcze nie masz" mówi tylko, gdzie dziecko jest – dziś, w trakcie procesu odkrywania siebie i swoich możliwości.
Etykieta, którą wciąż nosimy
Każdy z nas miał kiedyś osiem lat. I prawie każdy z nas do dziś nosi etykietę, którą ktoś przykleił nam w tamtym czasie.
- „Nie mam ścisłego umysłu."
- „Nie jestem uzdolniony artystycznie."
- „Ja to do języków obcych nie mam głowy."
- „Nie nadaję się do publicznych wystąpień."
Pomyśl o jednej z nich. Skąd się wzięła, pamiętasz? Pewnie nie. Pojawiła się tak dawno temu, że zdążyła stać się częścią twojej tożsamości.
Tylko że od tamtej pory zmieniło się bardzo wiele – dorośliśmy, zmieniły się nasze mózgi, nasze ciała, nasze doświadczenia. Etykieta, którą ktoś przykleił nam jako dziecku, nie musi mieć dziś nic wspólnego z rzeczywistością.
